Kongres Kultury Polskiej odbył się w dniach 23-25 września 2009 w Krakowie. Przygotowania trwały rok, powstały raporty z dwudziestolecia III RP w poszczególnych dziedzinach, w miesiącach poprzedzających to zdarzenie przetoczyła się publiczna debata nie tylko przez media lecz również przez wszystkie większe ośrodki i środowiska zainteresowane kulturalnym życiem zbiorowości w Polsce. Urzędujący minister kultury i dziedzictwa narodowego Bohdan Zdrojewski chciał sumować uzyskane informacje i zdobyć poradę w podejmowaniu decyzji znaczących na następne dekady, ale też doprowadzać do zbliżania w bezpośrednim kontakcie twórców z urzędnikami, humanistów z ekonomistami, artystów z politykami. Ostatni czas wypełniały relacje z kongresu, nastaje pora pogłębionej refleksji. Współczesność z niechęcią odnosi się do gotowych modeli kultury, reformowanie funkcjonujących struktur jest jednoczesne z układaniem relacji na linii twórcy – kultura – ekonomia – państwo.
"Wszystko zaczyna się od marzeń", fotografia Anny Bedyńskiej z cyklu
"Raporty o stanie kultury polskiej", wystawa w galerii Pauza, Kraków, 2009
Chodzi o to, żeby rozmowa na ten temat nie wygasała po zamknięciu krakowskich obrad, lecz sprzyjała klarowaniu stanowisk i służyła przemianie ich w konkretne projekty, angażując odpowiedzialność obywatelską za kształt indywidualnej i społecznej egzystencji.
Na Kongresie Kultury Polskiej polaryzowały się dwa poglądy na kulturę w demokratycznym państwie współczesnej Europy: jednoznacznie liberalny reprezentowany przez ekonomistę Leszka Balcerowicza i drugi, przypisujący państwu rolę moderatora w obranym wspólnie kierunku za pieniądze podatników, skupiał się wokół wystąpienia menagera Waldemara Dąbrowskiego. Pierwsze z tych stanowisk opiera się na mechanizmie wolnego rynku. Kultura powinna być niezależna od mecenatu państwa i wszelkiego zapośredniczenia odbiorców w instytucjach oficjalnych. Artystę utożsamia się z wytwórcą, producentem, przedsiębiorcą i zakłada, że konsument – dysponujący nadwyżką czasu i pieniędzy – inwestuje w kulturę. Im bogatsze społeczeństwo, tym więcej zamówień animujących zróżnicowane formy aktywności kulturalnej. Rynek dostarcza środków, pieniądze gwarantują wolność tworzenia. Natomiast demokraci żądają od państwa wyrównywania dysproporcji w dostępie do dóbr kultury, zobowiązują do gospodarniejszego zarządzania wspólną kasą i dopuszczają sponsoring prywatny. Uzasadniają swoją wizję doświadczeniem: wartość kulturalna nie może być mierzona wyłącznie popytem. Dobro kultury nie jest zwykłym towarem na rynku; kiedy decyduje konsumpcja, spada jakość oferty. Na rezultat nakładów poniesionych dziś trzeba czekać niekiedy latami, a jednak warto inwestować w edukację społeczną, w stypendia dla artystów, w propozycje niszowe. Jeśli rachunek ekonomiczny ma najważniejszy głos, to łatwo będzie blokował ambitniejsze projekty, a w długim planie taka strategia doprowadzi rzeczywiście do zaniku państwa w zarządzaniu kulturą.
Istnieje obawa, że uzyskana na drodze neoliberalnej niezawisłość kultury ugodzi w samą jej istotę. Kultura bowiem to ogół materialnych i niematerialnych warunków życia wytworzonych przez społeczeństwo, to jednostkowe i zbiorowe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością. W tym sensie państwo zawsze jest zależne od kultury a nie na odwrót, społeczeństwo i państwo utrzymują się nawzajem ze wspólnie wypracowanych środków. Także to, czym państwo jest, pochodzi z wnętrza kultury razem z granicami, trójpodziałem władz, podatkami, instytucjami powołanymi do upowszechniania indywidualnej twórczości. Rozrywanie splotu państwa i kultury unicestwia dotychczasowy model życia jako osiągnięcia cywilizacyjnego.
Piękne jest to, co się podoba, ale podoba się to, kim się jest. W stawianiu na świadomość i wybór zasobnego obywatela tkwi ryzyko wszystkim, co mamy. Historia poucza, że bez ciągłej pielęgnacji potrzeby duchowe karleją, samo egzystowanie może spowodować głód wyższych wartości ale i frustrację z niemożności zaradzenia temu pragnieniu. Poziom, dyktowany przez masowy gust, nie ubezpiecza w dalszej perspektywie przed zapaścią nawet zamożnego społeczeństwa.
Wychodząc z takiego przeświadczenia troje uczestników Kongresu Kultury Polskiej – literaturoznawca Przemysław Czapliński, wydawca Beata Stasińska, pisarka Olga Tokarczuk – zawiązało spisek. Forsowali tezę, że wybory kulturowe nie są zdeterminowane, lecz nie są też całkowicie wolne. W życiu nie ma sytuacji czystych, człowiek wybiera wedle skali, do jakiej został przysposobiony w procesie edukacji. Twierdzą, że podporządkowanie myślenia o kulturze bilansowaniu wydatków i zysków prowadzi do fałszywych wniosków i usuwa z pola widzenia kształcenie. Gdy je przywoływali do debaty, rozdział państwa i kultury tracił swoje racje, ujawniała się powinność rządców wobec ogółu. Chcieli uświadomić politykom, że społeczeństwo jest ich jedyną i ostatnią szansą. Postulując zwiększenie finansów na przygotowanie do kulturalnego życia do 0,2 proc. PKB i program kształcenia na 15 lat, zachęcali do myślenia o kulturze jako nieustannym otwieraniu możliwości i umiejętności bycia aktywnym obywatelem. Sprzeciwiali się dominacji taktyki ekonomicznej, która widzi w kulturze jedynie sferę wyborów gotowych.



