Wydarzenia
Boże Narodzenie na Haiti
Fot. Jaro, Dzieciaki na zdjęciu koniecznie chciały mnie dotknąć, wchodziły mi na plecy, ale i tak najbardziej ciekawiły je moje włosy:) No i nieodłączne wołanie: blan, blan;)

Zamiast przy rodzinnym stole, troje młodych lekarzy spędzi Boże Narodzenie na Haiti. Przez dwa miesiące pracują w szpitalu im. Alberta Schweitzera w Deschapelles w Deschapelles, zmagając się z epidemią cholery.
Od lewej: Łukasz Jaworski, Ania Szaciłło, Jarek Korzybski. Uprosiliśmy haitańską pielęgniarkę, żeby zrobiła nam jedno wspólne zdjęcie.
- O polskich pierogach, barszczu z uszkami czy karpiu nawet nie mamy co marzyć. Ale zrobimy kutię z maku, a Helen, lekarka ze Stanów, obiecała, że upiecze ciasto z dyni – tak o zbliżającej się wigilii mówi Ania Szaciłło, 26-letnia lekarka, która od dwóch tygodni pracuje w szpitalu Alberta Schweitzera w Deschapelles na Haiti. Nie pojechała sama – razem z nią jest Łukasz Jaworski, jej mąż, i Jarek Korzybski, najlepszy przyjaciel. Cała trójka w tym roku ukończyła staże w bydgoskich szpitalach i uzyskała prawo do wykonywania zawodu lekarza. W lutym rozpoczynają specjalizacje. Kiedy w lipcu zaczęli szukać haitańskiego szpitala, który chciałby wykorzystać ich zapał i umiejętności, nawet nie śniło im się, że spędzą Boże Narodzenie w epicentrum cholery. Epidemia wybuchła trzy tygodnie przed ich wylotem, do tej pory pochłonęła już 2000 ofiar (to oficjalne statystyki, choć nawet ONZ twierdzi, że w rzeczywistości na cholerę mogło umrzeć nawet dwa razy więcej ludzi).
– Nasi rodzice byli przerażeni, ale uznaliśmy, że teraz jesteśmy jeszcze bardziej potrzebni – wspomina Jarek. On i Łukasz trafili od razu na nowo otwarty oddział choleryczny, Ania początkowo wylądowała na pediatrii, ale ze względu na liczbę chorych dołączyła do chłopaków. Szpital Alberta Schweitzera, do którego trafili, to jedna z najprężniej działających placówek medycznych na Haiti. Powstał w 1956 r. z inicjatywy amerykańskiego małżeństwa, Larry’ego i Gwen Mellon, którzy kupili w Deschapelles plantację bananów i założyli szpital. W ciągu przeszło 50 lat działalności wokół niego wyrósł kampus, 6 regionalnych ośrodków medycznych, szkoła, projekty rolnicze. Lekarze i pielęgniarki przyjeżdżają ze Stanów, z Francji, Szwajcarii, Holandii, Niemiec, Polski. Niestety, w ostatnim czasie rąk do pracy ciągle brakuje, bo po trzęsieniu ziemi liczba mieszkańców Doliny Artibonite, którym szpital Alberta Schweitzera stara się zapewnić opiekę medyczną, wzrosła z 300 do 450 tys. (Artibonite nie zostało zniszczone w styczniowej katastrofie, ale setki tysięcy ludzi z okolic stolicy Haiti, Port-au-Prince, szukało na północ w poszukiwaniu schronienia).
Po dwóch tygodniach intensywnej pracy Ania, Jarek i Łukasz przyznają, że zaczynają być zmęczeni: codziennie wstają o 6.00 rano, biorą zimny prysznic, po śniadaniu o 7.00 ruszają na oddziały. Sprawdzają stan chorych, wypisują tych, którzy wyzdrowieli, pacjentom, których stan się pogorszył, podają kroplówki, przyjmują nowych. O 11.30 mają półtoragodzinną przerwę na obiad, a od 13.00 z powrotem na oddział. O 18.00 przerwa na kolację, a potem znów do pracy. Jeśli mają luźny dzień, kończą o 21.00, jeśli trafi się dyżur – dopiero o 23.00. Co ich najbardziej zaskoczyło? - Po pierwsze to, że cholera okazuje się chorobą dość „wdzięczną” w leczeniu – pacjenci, którzy odpowiednio szybko trafiają pod opiekę, potrafią po 2-3 dniach wrócić do zdrowia. Niestety, wielu przychodzi do szpitala w bardzo późnym stadium choroby, bo po prostu wstydzą się swoich dolegliwości – mówi Jarek Korzybski. Podkreśla, że pacjenci są niezwykle wdzięczni za opiekę, za każde dobre słowo. Jest też w nich pewna pierwotna zgoda na cykl życia – do choroby i cierpienia podchodzą z niezwykłą pokorą, śmierć ich nie przeraża.
Przygotowując się do wyjazdu Ania, Jarek i Łukasz intensywnie uczyli się kreolskiego. Dzięki temu w 3 dni nauczyli się samodzielnie przeprowadzać wywiad choleryczny i mogą sami diagnozować stan chorych. - Naszemu językowi wciąż daleko do perfekcji, ale jesteśmy w stanie porozumieć się z pacjentami i haitańskim personelem. O tym, jak bardzo to jest potrzebne, przekonaliśmy się kilka dni temu, kiedy dołączył do nas amerykański lekarz, który nie mówi ani po kreolsku, ani po francusku. Bez języka, pomimo wykształcenia i doświadczenia, okazuje się niestety zupełnie niesamodzielny – wskazuje Ania.
Ania Szaciłło, Jarek Korzybski i Łukasz Jaworski będą pracować w szpitalu im. Alberta Schweitzera na Haiti do 23 stycznia. O swojej pracy i przygodach piszą na blogu: zpolskinahaiti.blox.pl
Tekst: Nina Halabuz, Fundacja Polska - Haiti



